UA-85786635-1

wtorek, 21 lipca 2015

Ania

     

                             Zwyczajny dzień, ale jego ciąg dalszy zaskoczył mnie mocno. Pogoda nie jest brzydka, może trochę ponura, lekko deszczowa z niewielkimi przejaśnieniami (poczułam się jak pogodynka, jak to napisałam). Zdecydowałyśmy, że spacer dobrze nam zrobi. Pobliski park, więc w razie deszczu możemy szybko zawinąć do domu. W parku trochę mglisto i mało chętnych na spacer w taką pogodę. Przysiadłam na chwilę na ławce obok jakiejś kobiety. Na moje oko dobrze po trzydziestce, szczupła, wręcz wychudzona. Obok niej stała mała walizka. Kiedy usłyszała, że mówię do córki po polsku, wykrzywiła twarz, spojrzała na mnie i odwróciła głowę. Ja, że już takie rzeczy mnie nie ruszają, lecz mimo wszystko nie panowałam nad myślami i pomyślałam "Rasistka". Po chwili spojrzała znowu w moim kierunki i spytała:
-  Długo w Anglii?
-  Nie chwilę, ponad 2 lata - odpowiedziałam, siląc się na uśmiech.
- Ja już siedem - ciągnęła moja rozmówczyni. 
- Pan Bóg mnie pokarał, że tu przyjechałam.

-  Eh, chyba nie jest tak źle - powiedziałam, próbując ją choć trochę pocieszyć.

Ona spojrzała wymownie na mnie po raz trzeci, i wiedziałam, że nie jest źle. Jest bardzo źle.



Tu zaczyna się JEJ historia (skrócona) i jej monolog z niewielkimi przerwami na oddech z mojej strony. Bite dwie godziny na ławce, trochę w deszczu, trochę w słońcu. Jak w życiu. 


Ania.


               Z Wrocławia wyjechała zaraz po trzecim roku prawa - wymarzony kierunek, ale nie jej, tylko ojca. Wiedziała, że musi coś zmienić, bo inaczej będzie spełniać marzenia rodziców, a jej życie nie będzie "jej". Zaplanowała, że nie pożegna się z nikim, a w szczególności z ojcem, aby pozbawić go możliwości prawienia morałów.
-  W samolocie siedziałam obok wrzeszczącego bachora i jego nadopiekuńczej matki. Te dwie godziny wydawały mi się wiecznością - marudziła. - 
Myślałam, że pomyliłam samoloty, bo przecież zawsze kierowali mną rodzice. Mówili z dokładnością do jednego centymetra co mam robić, jak mam to zrobić i czego w ogóle nie robić - powiedziała nieznajoma.

Niestety moja osobowość jest trochę skomplikowana i z reguły ostrożnie i niezbyt szybko nawiązuję kontakty. Byłam zresztą nieciekawa jej historii i nawet trochę znudzona. Na moje szczęście deszcz zaczął kropić, więc myślę sobie dobry moment na ucieczkę przed rozgadaną nieznajomą. Ale ona chwyciła mnie za rękaw, spojrzała na mnie, i pierwszy raz wyczytałam coś w oczach  nieznanej mi wcześniej osoby - "Zostań proszę"-  zdawała się mówić.

- Wiesz, po przyjeździe wszystko zaczęło się układać. Pierwszy miesiąc w Manchester, a ja już znalazłam pracę, dach nad głową, i nawet chłopaka. Myślałam, że normalnie Pana Boga za nogi złapałam, i że nie trzeba Ameryki, żeby sen się spełnił - mówiła dalej.

Była przekonana, że to dobry wybór. W końcu udowodni ojcu, że potrafi  SAMA o siebie zadbać. Były momenty lepsze i gorsze, ale po pięciu latach zaczęło się wszystko walić i na jej nieszczęście i w najgorszym momencie ( tak wtedy myślała) zaszła w ciążę. Myśli miała różne. Wiedziała jedno, że nie pokocha tego dziecka, nie będzie o niego dbała,  nie zapewni mu przyszłości. Wiedziała, że odda je do adopcji.
- Przez kolejne miesiące ciąży tułałam się po ludziach, znajomych i nieznajomych... . Pracowałam do 7 miesiąca ciąży. Później zaczęły się problemy ze zdrowiem, jakieś komplikacje i urodziłam trochę wcześniej. Chłopiec, mimo, że wcześniak bardzo pragnął być i żyć. Walczył dzielnie.- powiedziała ze smutkiem.
Mówiła to bardzo powoli, była skupiona, na chwilę nawet się zamyśliła, wzięła głęboki oddech, a mi łzy zaczęły spływać po policzku. Czułam się jakoś dziwnie. Przecież ja jej nie znam, to obcy człowiek - myślałam, ale wrodzona empatia nie pozwoliła mi zareagować inaczej.
-  Nie, nie płacz Kuba żyje,  tylko... - odpowiedziała i pospiesznie zaczęła mówić dalej. - Ale wiesz, powiem ci jedno. Kiedy widziałam jak  mały walczy, jaką ma siłę, jak bardzo chce być na tym świecie, jak uspokaja go mój dotyk, wiedziałam, że nie mogę go oddać. Widocznie potrzebowałam solidnego kopa, bo z
organizowałam się bardzo szybko. Wiesz flat, jakieś benefity na początek,  wózek dla małego. Działałam jak w jakimś letargu. Minął miesiąc i zabrałam małego do domu. Cudowne pół roku razem; wiesz pierwszy uśmiech, spacery, zabawy, poznałam nowych ludzi. Niestety trwało to tylko pół roku.

Tu zapadła cisza, a ja miałam w głowie pełno myśli i pytań, ale nie potrafiłam jej o nic zapytać. Nie wiedziałam po pierwsze o co i jak w tej sytuacji złożyć zdanie. Nie żeby było ono poprawnie gramatyczne, tylko żeby jej nie urazić. Wydusiłam z siebie tylko - "i", a ona;
 - I wiesz, jak go przewijałam, odwróciłam się po krem, a on już leżał na podłodze. Nawet nie płakał.
Ania zabrała Kubę do szpitala. Lekarz go przebadał, stwierdził, że jest wszystko ok., ale kazał chwile poczekać.
 - Po kwadransie przyjechali jacyś ludzie, zaczęli o wszystko wypytywać, gdzie mieszkam, z kim mieszkam, czy pracuję. Takie wiesz ich safety. Okazało się, że lekarz wezwał opiekę społeczną, bo podejrzewał, że to nie był wypadek tylko celowe upuszczenie dziecka na podłogę. Nie minął tydzień i zabrali mi mojego synka.
Jak dotarło do mnie to, co ona powiedziała, zaczęłam ją pocieszać, że wszystko można jeszcze odwrócić, udowodnić, że to nie jej wina, że da się  jakoś to wszystko wytłumaczyć, ale nie zdawałam sobie sprawy, że Kubę odebrali jej pół roku temu. Ania przez ten czas nie próżnowała; chodziła, prosiła, błagała, udowadniała, że jest dobrą matką, po prostu walczyła o syna. Aż w końcu nadszedł ten dzień, ponury, deszczowy, trochę słoneczny poniedziałek. Dla Ani cudowny, bo dzisiaj jedzie po synka, na zawsze będą już razem i nikomu go nie odda.  Ale pomimo szczęścia, moja , jeszcze dwie godziny temu nieznajoma z ławki, a teraz po prostu Ania, jest najbardziej zamyśloną osobą na świecie.
  - To dlaczego tu siedzisz i się martwisz- powiedziałam. - Jedź po syna. To twój dzień. Zaczniesz wszystko od nowa.
  -  Tak wiem, cieszę się - wymamrotała, wcale się nie ciesząc.
 - Wiesz, to mój bagaż- powiedziała wskazując na walizkę. - Dawno ojca nie widziałam, kupiłam bilet, a właściwie bilety. Wracamy z synem do Polski. Na zawsze.


Wstała, podała mi rękę i odeszła. 




 Stanley Park   fot. K.M


1 komentarz: