Wakacje, kanikuły, holiday, jak zwał tak zwał, wiadomo o co chodzi. U nas dopiero sie zaczęły, a mnie naszła melancholia, inaczej tęsknota za wakacjami. Ale nie tymi sprzed roku, tylko moimi, dawnymi, z drewnianym wychodkiem na podwórku. I nikt mi nie powie, że to nie były wakacje all inclusive:
jedzenia i picia pod dostatkiem, obsługa cudowna, chociaż czasami surowa, kiedy odkryła połamane na polu krzaki pomidorów. Zupełny przypadek, ale babcia mi nie wierzyła.
Pamiętam każdy poranek, rosę na trawie, bose stopy i wiadro świeżej wody ze studni. Krowy babcia nie miała, zatem ciepłe wieczorne mleko nie jest dzisiaj moim ulubionym napojem. Za to kosz z owocami był na wyciągnięcie ręki. Wystarczyło podskoczyć lub wdrapać się na drzewo, zerwać jabłko, zrzucić robala i już mogłam cieszyć się smakiem kosztela. Zdarzało się nawet, że chodziliśmy całą paczką na szaber sezonowych owoców. Nie było by nic w tym nadzwyczajnego,- bo większość z Was pewnie brała udział w takich wypadach, gdyby nie to, że celem kradzieży były jabłka z sadu mojej babci. Umawialiśmy się ze znajomymi na przystanku i wieczorem wprowadzałam bandę do sadu, bo przecież wiedziałam najlepiej kiedy babcia jest zajęta. Obawiałam się tylko wujka Włodka, który potrafił psem poszczuć - moją Miśką. Nie wiem dlaczego gnałam przed siebie co sił w nogach, kiedy wujek spuścił psa, bo przecież Miśka mnie znała i wiedziałam, że mnie nie ugryzie. Ale jak wszyscy uciekali to i ja.
Kąpieliska zbiorcze (dzisiejsze baseny, bo przecież w rzekach już się nikt nie kąpie), owszem były, tylko trochę większe i z "prądem", a pod stopami nie było płytek ceramicznych, tylko swoiste urozmaicenie: odrobina piasku, więcej kamieni i zielska rzecznego. Chodziłam nad rzekę z babcią, która nawet nie wiem czy potrafiła pływać ( ale za to zawsze miała dla mnie czas). Nie mniej jednak w razie czego mogła krzyczeć "Ratunku wnuczka się topi". Taka sytuacja nigdy nie miała miejsca, dopóki nie poszłam nad Wkrę z nowym opiekunem - starszym kuzynem. Zapytał czy dam radę podpłynąć do drzewka, którego gałęzie unosiły się tuż nad powierzchnią wody. Ja: "No pewnie, a co?". I co? I nie dałam rady, zaczęłam się topić. Oczywiście nie powiedziałam nikomu o tym co się wydarzyło, ponieważ rodzice nie puścili by mnie z kuzynem już nigdy więcej. A tego nie chciałam, bo on był starszy i miał fajne pomysły na spędzenie czasu. Zapomniałam dodać, że nad rzeką nie było restauracji ani żadnego baru, żeby kupić jakiegoś Mac-a czy frytki, ale były za to kanapki, pomidory, kompot i niesamowity klimat. Kiedy wracaliśmy do domu na obiad, asfalt roztapiał sie pod naszymi bosymi stopami, a my zastanawialiśmy się czy po obiedzie (pyzach ziemniaczanych czy kluskach z twarogiem) będziemy mogli znowu iść sie kąpać.
Wieczorem organizowaliśmy dyskoteki, które zazwyczaj odbywały się w stodole mojej starszej koleżanki. Nieodłącznym towarzyszem takiej imprezy był komunijny magnetofon marki Grundig i kasety z muzyką zespołu A-ha, Kim Wilde, Perfect czy Philem Collinsem. Oczywiście czas powrotu do domu był wyznaczony, a spóźnienie oznaczało ZWD - zakaz wychodzenia z domu. Raz jedyny spóźniłam się. Tak bardzo bałam się tej kary, że przyniosłam sobie z kuchni polowej łóżko rozkładane, koc i naiwna, że kara mnie ominie, położyłam się spać na podwórku. Później tłumaczyłam mamie, że noc była bardzo gorąca, a ja byłam tak zmęczona ... . Mama nie dała się zwieźć moim, wydawało mi się przekonywującym kłamstwom, i kara została wlepiona.
Koniec wakacji to niezapomniany smak winogron, mleczka w tubce i tłok w pociągu na Śląsk. Najpierw dzieci z mamą zostały upchnięte do wagonu, tata nie wiadomo komu podawał walizki przez okno. Na końcu on sam wskakiwał do odjeżdżającego już pociągu. W końcu był moim kochanym supermenem i potrafił wszystko.
Tak. To były wakacje all inclusive. Może hotel nie był 5 gwiazdkowy, ale klimat niepowtarzalny, a smak wyrwanej, wytartej w spodnie i później skonsumowanej marchewki był wyjątkowy i niezapomniany. Mam nadzieję, że kiedyś uda mi się zabrać dzieci, a może dopiero przyszłe wnuki na taki letni wyjazd. W końcu o tym marzę.
Wakacyjnie pozdrawiam.
Kasia

fot. Julia Mieczkowska
jedzenia i picia pod dostatkiem, obsługa cudowna, chociaż czasami surowa, kiedy odkryła połamane na polu krzaki pomidorów. Zupełny przypadek, ale babcia mi nie wierzyła.
Wakacyjnie pozdrawiam.
Kasia
| fot. Julia Mieczkowska |
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz