UA-85786635-1

niedziela, 12 lipca 2015

Punkt widzenia zależy od...

                                   punktu siedzenia. Tak kiedyś powiedziałam, pracując w lokalnej gazecie, pewnemu pracownikowi samorządu gminnego. Kiedy nie był jeszcze pracownikiem urzędu, los osób niepełnosprawnych  był mu bardzo bliski. Gdy tylko zaczął piastować, to jakże ważne stanowisko gminne, powiedział, że - "na terenie gminy nie spotkaliśmy się z niepełnosprawnością, nie trzeba robić podjazdu" i strzelił wyraźnego focha.
                                  Żeby zrozumieć czyjś punkt widzenia, należy usiąść na jego miejscu i pomyśleć. Uczyniłam to i niejednokrotnie byłam w swoim życiu księdzem, bezdomnym, własnym mężem, człowiekiem majętnym, swoją matką, a nawet kasjerką w dyskoncie nie mająca wydać grosika. Zrozumiałam ich. Najmniej, co prawda zrozumiałam moją dawną drugą połówkę, (najwyraźniej nie siedziałam na jego miejscu całym tyłkiem tylko połową). Nie potrafię natomiast, siedząc nawet całym dupskiem, zrozumieć punktu widzenia tego urzędnika. Albo jestem mało elastyczna, albo to prowincjonalny inteligent (żeby nie powiedzieć dupek) grający na niepełnosprawności, aby posiąść korzyści majątkowe i władzę. Obłuda z ohydą.




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz