Porzuciła ją nie mając nic do stracenia. Nawet już jej nie lubiła, ponieważ zabrała jej więcej, niż mogła ofiarować. Została oskubana z godności i wiary. Pozostał smak goryczy i rozczarowania. Nawet kawa nie smakowała tak jak kiedyś. Kolokwialnie mówiąc w dupie miała takie życie.
Wyjechała zostawiając ją, - Przeszłość - a zabierając ze sobą nieznośnego nastolatka, który co chwilę przysparzał jej kolejnych zmartwień. Choć tak naprawdę były one niczym w porównaniu z losem, który niestety szczędził jej cukrowych doznań. Mówi się, że w takich chwilach Nadzieja umiera ostatnia. Ale nie w jej przypadku. Ona, Nadzieja wyjechała na długo przed nią, pozostawiając ją samą, nagą, bezimienną i bez perspektyw.
Mówiła sobie, że to nowe życie nie musi być lepsze, może się nie kleić, może nawet nie nabierać żadnych barw. Tęczą kolorów był dla niej czerwony długopis, niebieski brelok i bordowy portfel wrzucony niedbale do szarej torebki. Reszta była czarna, nie licząc bezbarwnego różańca, którego koraliki nijak nie pasowały do jej życia, ale czasem dawały ukojenie. Chciała tylko zapomnieć.
Nie potrafiąc odnaleźć miejsca w nowych magnoliowych ścianach, postanowiła, że musi zmienić siebie. Choć zastanawiając się głębiej, to tak naprawdę nic nie postanowiła. Zmieniła się niepostrzeżenie dla siebie i starych znajomych. Odmieniona zachwycała się wszystkim, co ją otaczało. Nie przeszkadzał jej uliczny brud, tytoniowy zapach okolicznych przedsionków knajp, niesprzątnięte odchody czworonogów. Sama nawet zaśmiecała ulicę papierkami, tłumacząc się troską o obecnych i przyszłych bezrobotnych. Nowi znajomi okazali się cudownymi, szczerymi ludźmi, bez których nie wyobrażała sobie istnienia. Chwilami nawet zapominała o synku, który też bywał w tym "cukrowym" świecie nowych twarzy.
Dom, który dzieliła z innymi współlokatorami, może nie był wymarzony, ale zmiany jakie się w niej dokonały pozwalały spojrzeć na niego z innej perspektywy - trzy sypialnie, salon, jadalnia, która po wstawieniu kanapy stała się jej sypialnią i mała, zaniedbana kuchnia. To wszystko wystarczało na ulokowanie dojrzewającego nastolatka, mężczyzny, jej i jeszcze jednej osoby płci męskiej.
Każdy dzień wyglądał podobnie; pobudka, śniadanie dla syna, kawa, laptop, papieros, kolejna kawa, wertowanie ogłoszeń o pracy, może jakiś obiad, trochę przelotnej rozmowy ze współlokatorem i nim się obejrzała zaczęło zmierzchać. Żadnego planu, żadnej perspektywy na przyszłość, żyła chwilą.
Kiedy po wielu miesiącach nasze spotkanie przy kawie było bardziej realistyczne, nie pomyślałam nawet, że wypiję kawę z obcą mi osobą. Niby powierzchowność ta sama, kroki identyczne, ale sposób bycia, rozumienia i zrozumienia był zgoła inny. Opowieści o nowo poznanym, nigdy nie zdeklarowanym narzeczonym czy chłopakiem, fascynacja cotygodniowymi alkoholowymi imprezami, głośnej muzyki disco polo były dla mnie nowością w jej wykonaniu. Ona, nigdy nie pijąca, nie lubiąca tego gatunku muzyki, po kilku bolesnych relacjach damsko-męskich opowiada mi z wielką fascynacją o nowym, cudownym życiu. Opróżniałam filiżankę brązowo-czarnego płynu z coraz większym zdziwieniem i rozczarowaniem. Kawa po raz pierwszy w życiu nie sprawiła mi przyjemności, była gorzka. Pomyślałam, że skoro jej jest tak dobrze, to nie pozostaje mi nic innego jak opłukać smak goryczy w ustach i pojechać w swoją stronę.
Po czterech latach od jej wielkiej fascynacji "nowym" światem, przyszedł czas na rozczarowanie. Cudowne rozczarowanie, dzięki któremu odzyskałam dawną, dobrą znajomą. Wystarczyło styczniowe spotkanie z Przeszłością, aby powróciła dawna Ona. Dziękuję ci Przeszłości.
Pozdrawiam
Kasia
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz