UA-85786635-1

wtorek, 19 stycznia 2016

I cóż, że ze Szwecji


                    Większość z nas miała lub ma kogoś za granicą. Ciocia w Kanadzie, wujek w Australii czy kuzyn w RFN-ie. Teraz mają też mnie, ale to już żaden rarytas jak 30 lat temu. Dokładnie 30 lat wstecz, bo wtedy wyjechałam po raz drugi z mamą do Szwecji ( pierwszej podróży nie pamiętam, miałam 4 latka). Wyprawa w nieznane, ale do znanej mi dobrze cioci była długa i wyczerpująca. Ja wiem, że niektórzy z Was  powiedzą i co z tego, każdy gdzieś wyjeżdżał, wyjeżdża i będzie to robił. Ale wyjechać w tamtych czasach wcale nie było tak łatwo. Nie wystarczyło mieć paszportu, który trzeba było oddać zaraz po powrocie. Żeby tam wyjechać mama i osoba zapraszająca musiała nieźle się nagimnastykować. Najpierw ciocia wysyłała listowne zaproszenie ( jakby to nie było logiczne, że nas zaprasza, ale cóż papier musiał być). Takie listy zagraniczne były pod stałą cenzurą, więc wysłane zaproszenie w kwietniu dotarło do mamy w maju, czerwcu. Później następował wyjazd do Warszawy po wizę, po paszport oraz nocne czuwanie z naczelnikiem poczty na połączenie zagraniczne. Pamiętam jego słowa skierowane do kogoś po drugiej stronie słuchawki " Kochaniutka, daj mi tam Warszawę, no...,  najszybciej jak możesz, będziemy czekać" I czekali. Do rana.


                      W końcu nadszedł czas wyjazdu. Nocny pociąg do Świnoujścia i 8 godzin luksusu na statku Pomerania. Tak mi szybko zleciał czas na promie, że za żadne skarby świata nie chciałam go opuszczać, chciałam zejść ostatnia, jak kapitan. Dla mnie Pomerania była jak z kosmosu ; grube, mięciutkie dywany, sklepy, kawiarnie, kolorowo i raczej wesoło. Dzisiaj Pomeranii już nie ma, została sprzedana do Indii i pocięta na złom, ale za to wspomnień nikt mi nie pokroi. 


                       Szwecja. Cud, miód, malina. Wszystko było inne, nie szare, nie ponure ale kolorowe. Ludzie zadowoleni, uśmiechnięci i z każdej strony słyszałaś wszechobecne hej, hej. Pamiętam Mobile, takie dzisiejsze małe centrum handlowe. Kolorowy zawrót głowy, wszystkiego pod dostatkiem. Samo patrzenie w zupełności mi wystarczało. A kiedy na mieście spotkaliśmy przypadkiem naszego rodaka, nie sposób było przejść  obojętnie. Wystarczyła krótka rozmowa, kilka zdawkowych pytań: skąd, jak długo i czy wraca do Ojczyzny, by doświadczyć czegoś, co nigdy w moim życiu jeszcze się nie powtórzyło.

 

                          Koniecznie należy wspomnieć o kontroli celnej i humorzastych celnikach. Każdy obywatel PRL-u otwierał walizki, a panie i panowie celnicy zaglądali w każdy zakątek. Nawet "tunel" na gumkę w bieliźnie został dokładnie sprawdzony , nie wspominając o miejscu między podszewką a materiałem płaszcza. Moja babcia, która z nami podróżowała była niezwykle pomysłową osobą. Nie zaszyła niczego w bieliźnie, bo to zbyt banalne, ale w pasek od torebki podręcznej nikt nie zaglądał. Rączka torebki została w domu dokładnie rozpruta i z jeszcze większą dokładnością zaszyta. Tak oto nielegalny towar dostał się na zachód ( raczej na północ), a babcia została pierwszym przemytnikiem w naszej rodzinie. Tym oto sposobem dolary zostały przewiezione, podobnie jak nadprogramowa butelka spirytusu. Babcia na pytanie celnika, którego palec wskazujący był skierowany na buteleczkę przezroczystego płynu i szepczącego Babciu, co tam macie?,  -  odpowiedziała -Dla kurażu panie, dla kurażu. Lekarstwo. I tym oto sposobem babcia mogła przewieźć wszystko.


Moja kochana Babcia


                          Kiedy wakacje się skończyły pozostawały tylko wspomnienia, które odżywały przy okazji kiedy listonosz dostarczał przesyłkę.  Pamiętacie paczki zagraniczne? Ja pamiętam zapach pomarańczy, najlepszą na świecie czekoladę Marabou, zbrązowiałe banany i moje ulubione żelki Godisy. Wśród kolorowych i jakże owocowych cukierków były te najlepsze, czarne, anyżowe lub solone i z odrobiną pieprzu. Pycha. Miałam tych dziwnych żelków pod dostatkiem, bo nikt za nimi nie przepadał. Oprócz słodyczy były jeszcze ubrania, w których śmigałam do szkoły, kiedy skończyła się era mundurków.  Pamiętam jak nauczycielka wezwała mamę do szkoły i powiedziała jej, wręcz zakazała ubierać mnie w taką kolorową odzież. Uzasadnieniem było stwierdzenie, że inne dzieci tego nie mają i źle się czują. Osobiście nie pamiętam, żeby koleżanki z klasy źle czuły się z tego powodu, wręcz przeciwnie cieszyły się kiedy mogły pochodzić w spodniach Levi's. Mama z wielkim żalem nie mogła spełnić prośby wychowawczyni, bo po prostu innych, polskich ubrań nie miałam. 





Późniejsze wyjazdy nie były już takie ekskluzywne, wszystko spowszedniało, a i cel podróży był inny - zarobkowy. Cóż, pozostały wspomnienia, bo nawet żelki nie smakują tak samo.




 Na zdjęciu trzy pokolenia: Moja kochana Babcia Marysia, równie kochana mama i ciocia, dzięki której mogłam przeżyć niezapomniane chwile ( nawet pierwszy pasażerski lot nad Bałtykiem, takim małym kukuruźnikiem. Lot który przeżyłam nazwałam nie bez powodu"Czy leci z nami pilot?"). Ale o tym w innym poście.





To zdjęcie jest wspomnieniem, kiedy ciocia odwiedzała nasze rodzinne strony. Ja jeszcze taka malutka, a już lansowałam się przy samochodzie ;) , czego dzisiaj nie czynię, za to w tamtych czasach było mi wszystko jedno. No i moja mamuś.










Brak komentarzy:

Prześlij komentarz