UA-85786635-1

wtorek, 17 listopada 2015

Celebracja nałogu


               Nałogi, nawyki czy przyzwyczajenia miewamy różne. Niekoniecznie muszą one być złe dla otoczenia, ale nas samych często potrafią zrujnować albo doprowadzić do frustracji. Nie jestem inna pod tym względem. Mój nałóg, (a raczej przyzwyczajenie) rządził mną od ponad 20 lat.


               Nałóg zły, szkodliwy, bo papierosowy zwalczyłam 10 lat temu, ze słodyczami pożegnałam się w kwietniu tego roku, ale nadal nie wyobrażałam sobie życia bez kawy. Podobno nic tak nie stawia na nogi jak kubek dobrej kawy. Dla jednych będzie to koniecznie "sypana", dla innych rozpuszczalna, z mlekiem, czarna, na słodko czy z odrobiną cynamonu. Kawa gościła u mnie codziennie, każdego ranka i południa nieprzerwanie od blisko ćwierć wieku. Wypiłam wiele gatunków kaw, różnie parzonych i podanych na kilka sposobów. Były dobre, znośne inne zaś genialne. Niemniej jednak najbardziej oczekiwana przeze mnie to poranna kawa z odrobiną mleka, koniecznie w dużym kubku. Nie wyobrażałam sobie, że można dzień rozpocząć inaczej. Do czasu... .


              Moje zainteresowanie własnym organizmem skłoniło mnie do odstawienia kawy. Cel został postawiony i miał być zrealizowany następnego dnia rano. O zgrozo! Głupia ja, zamiast przestać ją pić w południe, wieczorem, kiedy najmniej jest mi potrzebna, to oczywiście nie. Przekorna z natury Kasia stawia wszystko na jedną szalę i niecierpliwie, (ale nie z utęsknieniem, a raczej z przerażeniem) kładzie się spać z myślą o jutrzejszym poranku.

(Plan jest chytry. Zastępstwa często się sprawdzają, więc w tym wypadku padło na zbożówkę, popularnego kiedyś Anatola, który czekał cierpliwie na mnie w kuchni, a raczej na moją poranną reakcję).


27 sierpnia 2015, godz.6:30

               Zwlekam się z łóżka, schodzę do kuchni, nastawiam wodę na kawę, włączam komputer, wrzucam Anatola do dużego kubka i czekam. Kawa zbożowa z odrobiną mleka stoi na stole, portale informacyjne uruchomione (dobrze, dobrze społecznościowy też) i pomyślałam sobie, że tutaj zacznie się moja męka. Biorę łyk, potem drugi, niepostrzeżenie wypijam cały kubek, czytam newsy i i zaczynam robić śniadanie. Po chwili zdaję sobie sprawę, że funkcjonuję normalnie, mam energię, głowa mnie nie boli, ruchami nie przypominam żółwia, generalnie wszystko w najlepszym porządku. Anatol okazał się nie tylko znośny, ale całkiem smaczny i wcale nie czułam potrzeby wypicia naturalnej kawy z kofeiną. Tak jest do dnia dzisiejszego z niewielkim wyjątkiem. W październiku, kiedy byłam w Polsce, spotkanie z dawno nie widzianym kolegą zostało przypieczętowane małą czarną. Lipa. Nie, że spotkanie. Spotkanie było bardzo pozytywne, ale moje  samopoczucie, fizyczna reakcja organizmu nie była najlepsza. Nigdy więcej kawy, nawet w najlepszym towarzystwie.


17 listopada 2015, godz.17:30



              Ja popijam swojego Anatola, a gdzieś pewnie jakiś czytelnik myśli, że taki był ze mnie kawosz jak z koziej dupy trąbka, czy jakoś tak. Śmiem się z tym nie zgodzić, bo teraz też rozkoszuje się kawą, ale troszkę zdrowszą wersją i myślę, że w naszych nawykach czy nałogach niejednokrotnie chodzi o pewien rytuał, czas, okoliczność, celebrację. Dla mnie picie kawy to po prostu rutyna, codzienność i niech tak pozostanie. Zmieniło się tylko opakowanie.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz