Znam Elkę od szkoły średniej, właściwie od ostatniej, maturalnej klasy. Przez poprzednie cztery lata gdzieś mi przemykała, a to na korytarzu, a to "na papierosie" w szkolnej toalecie, czy też w szkolnej dyskotece. Nie miałyśmy ani wspólnych zainteresowań, ani żadnego konkretnego tematu do pogadania. Na lekcjach obie nie byłyśmy aktywne, na wagary nie chodziłyśmy razem. Po prostu zwyczajne koleżanki z klasy.
Tak było do czasu rozpoczęcia piątej, maturalnej klasy technikum. Nasza lepsza znajomość zaczęła się od zamieszkania we wspólnym pokoju w internacie. Był to zupełny przypadek, zrządzenie losu (w tym miejscu pozdrawiam naszą współlokatorkę Dagusię i przepraszam za wszelkie niedogodności z nami związane, choć mam nadzieję, że ubaw miałaś niezły). Nie sposób również nie wspomnieć o naszym cudownym Wychowawcy, człowieku o wielkim sercu, który nie raz, nie dwa ratował nam tyłek przed poważnymi skutkami naszej młodzieńczej buńczuczności i oporności na wiedzę.
Ale wróćmy do naszej przyjaźni, przyjaźni która nie zrodziła się od zdradzenia swoich najskrytszych sekretów, ale wykiełkowała na wzlotach i upadkach, przechodziła przez ciemne uliczki, aż w końcu zasłużyła na siebie. Niejednokrotnie bywało, że raz jedna strona potykała się i nie chciała iść do przodu, innym razem druga wyrwała się za szybko i nie dawała rady. Pamiętam dni przed maturą, kiedy jedna z nas miała dość wszystkiego i zamierzała wyjechać (chyba nawet do sióstr zakonnych), kompletnie nie przejmując się państwowym egzaminem dojrzałości. Dzisiaj wiem, że tak naprawdę, to wtedy na przystanku zaczął się nasz egzamin z dorosłości. Wiem również, że zaliczyłyśmy go na 5. Nie pamiętam jakich słów użyłam, żeby przekonać Elę, aby zmieniła decyzję. Pamiętam, że długo stałyśmy, rozmowa się nie kleiła, a ten cholerny autobus, na który Elka czekała miał lada moment nadjechać. Deszcz padał coraz mocniej, a słońce wcale nie miało ochoty mi pomóc. Nawet autobus był przeciwko mnie, przyjechał przed czasem. Ale ona do niego nie wsiadła.
Wróciłyśmy. Matura była w garści.
Dorosłość, przed którą stanęłyśmy wydawała się być piękna i niczym nie skażona. W rzeczywistości do pewnego momentu taka była. Nasze drogi trochę się rozeszły, każda miała inne plany na przyszłość. Po kilku listach i roku nieobecności Ela stanęła w drzwiach mojego domu z jakimś facetem. Przedstawiła mi swojego przyszłego męża i wręczyła zaproszenie na ślub. Zaczęłam się głośno śmiać, ponieważ na mojej szafce leżało identyczne zaproszenie, które czekało na wysłanie. Odbiorcą tego zaproszenia była Ela. Ona myślała, że ja, jak zwykle sobie żartuję, a ja byłam pewna, że Elka mnie wkręca, tym bardziej, że daty tych uroczystości były zbliżone. Oba śluby odbyły się w czerwcu. Nasze dzieci przyszły na świat w listopadzie. Przez odległość jaka nas dzieliła, i nowe obowiązki, którym musiałyśmy stawić czoła, nasza przyjaźń była wystawiona na próbę czasu.
Przetrwała.
Kiedy dzieci podrosły, a nam nie wystarczały rozmowy telefoniczne, Ela jak zwykle pojawiała się w drzwiach mojego domu. Dzieliłyśmy się doświadczeniem, ale żadna z nas nie dawała drugiej rad, nie mówiła jak żyć, co robić, jak znaleźć złoty środek na kłopoty. Wystarczyło, że wspierałyśmy się, ale właściwe decyzje podejmowałyśmy same. I tak mijały nam kolejne, stabilne lata naszego kumplostwa. Pewnego dnia podjęłam decyzję o wyjeździe do Liverpool. Ela wiedziała, że moje życie diametralnie się zmieni, ale nie powstrzymywała mnie od tej decyzji. Wiedziała, że moje małżeństwo w realu nie istnieje, jest tylko związkiem na dokumencie urzędowym. Mój wyjazd był jedyną możliwością na zmianę, na odcięcie. Nie wyjechałam bez żalu, coś bolało. Chyba wspomnienia.
Styczeń. Przełomowy miesiąc, który generalnie nic nie zmienił w naszej przyjaźni, ale wpłynął na przyszłość każdej z nas. Podobnie jak wspólny miesiąc naszych ślubów, czy szczęśliwe narodziny w tym samym miesiącu naszych dzieci, tak teraz ja tu, w Liverpool jechałam rano do pracy, Elka również podążała tą samą drogą od wielu lat do swojej pracy. Jak zwykle sumienna i poukładana, ale tego przeklętego dnia czegoś zapomniała. Wróciła do domu, a śliska nawierzchnia nie pozwoliła jej bezpiecznie dotrzeć do pracy. Zdecydowała za nią. Jej życie diametralnie się zmieniło. Moje też.
Przyjaźń pozostała.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz